Dlaczego budujemy tak, jak budujemy — zaczynając od świata, w którym naprawdę żyjemy.
Prywatność to nie skrytość. To możliwość wyboru, czym się dzielisz i z kim.
Prywatność gdzieś po drodze przestała być kwestią stylu życia. Warto dokładnie powiedzieć, dlaczego.
Większość usług, z których ludzie korzystają codziennie, nic nie kosztuje przy instalacji — i wcale nie jest darmowa. Płaci się za nie uwagą oraz informacjami o tych, którzy z nich korzystają: co czytasz, dokąd chodzisz, z kim rozmawiasz, co prawdopodobnie kupisz — złożonymi w profil i wynajmowanymi reklamodawcom. To prawdziwa transakcja. Po prostu rzadko jest przedstawiana jako transakcja i prawie nigdy nie jest dobrowolna.
Raz zebrane informacje nie zostają tam, gdzie je zebrano. Firmy padają ofiarą włamań. Bywają przejmowane, łączone albo sprzedawane w częściach. Regulaminy są przepisywane, zbiory danych łączone, a rekordy, które osobno były anonimowe, przestają być anonimowe obok siebie. Większość z tego jest zwyczajna i zgodna z prawem, a wszystko to przenosi Twoje informacje w miejsca, na które nigdy się nie zgodziłeś — gdzie zamieniają się w oszustwo, szantaż, nękanie albo w decyzję podjętą o Tobie na podstawie akt, których nigdy nie widziałeś. To nie jest ryzyko hipotetyczne. To normalny cykl życia zebranych danych.
Zbieranie danych to tylko połowa obrazu. Druga połowa to kierunek, w którym idą przepisy.
Tymczasem machina obserwacji rośnie, zamiast się kurczyć. Rozpoznawanie twarzy przechodzi z projektu pilotażowego w stałą instalację. Przepisy o retencji każą przechowywać dane o połączeniach wszystkich, a nie podejrzanych. Pojawiają się propozycje — i pojawiają się nadal — by osłabić szyfrowanie albo je obejść. Nic z tego nie dzieje się w jednym dramatycznym kroku: przychodzi po jednym rozsądnie brzmiącym środku naraz i właśnie dlatego to, co dekadę temu byłoby wyjątkiem, dziś czyta się jak norma.
Dlatego nie godzimy się na to, że prywatność jest niszową sprawą ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Jeśli Twoje informacje są domyślnie zbierane, przypadkiem ujawniane i z mocy prawa obserwowane, to zachowanie części z nich dla siebie nie jest paranoją — to zwykła samoobrona, tak samo jak zamykasz drzwi na klucz, nie wierząc, że akurat ktoś nadchodzi. To założenie jest powodem, dla którego ten projekt istnieje, i do niego zobowiązuje nas wszystko, co dalej.
Nasza nazwa pochodzi od Harpokratesa — egipskiego boga-dziecka, którego Grecy i Rzymianie wzięli za boga milczenia, przedstawianego z palcem przyłożonym do ust. Myśl, że to, co zachowujesz dla siebie, warto chronić, jest kilka tysięcy lat starsza niż internet.
Arpokracy to idea, a nie produkt: prywatność nie powinna być przywilejem ludzi, którzy już wiedzą, jak jej bronić. Powinna być stanem, w jakim urządzenie trafia do Twoich rąk, a nie nagrodą za wiedzę o tym, jakie pytania zadać.
Działanie zgodne z tą ideą nie zawsze oznacza wydanie produktu. Oznacza też pisanie prostym językiem o tym, jak działają te systemy: blog Arpokrat publikuje poradniki i aktualności zrozumiałym językiem dla każdego, kto chce czytać, a nie tylko dla tych, którzy mówią już językiem bezpieczeństwa. Ta sama idea kształtuje to, co budujemy, a na stronie dla kogo budujemy staje się konkretem.
Nic z tego nie każe Ci wierzyć nam na słowo: przeczytaj argumenty, sprawdź kod, spieraj się publicznie. To właśnie jest Arpokracy od środka.
Słowa są tanie. Nasz Warrant Canary jest podpisany kryptograficznie i aktualizowany w stałym rytmie — przeczytaj go i sam sprawdź podpis.
Zobacz Warrant Canary Przeczytaj kodChcesz szczegółów technicznych? Przeczytaj protokół
albo zobacz na stronie infrastruktura
gdzie stoją serwery.
Zastanawiasz się, czy to jest dla Ciebie? Zobacz, dla kogo budujemy
i zdecyduj sam.